80 LAT

        • Z ZAWODU - NAUCZYCIELKA, Z POWOŁANIA - SPOŁECZNIK, czyli wspomnienie o A. Fiedor

        •                                                                                                                      Drezdenko, 29 maja 2026 r.

          Szanowni Państwo, Drodzy Nauczyciele, Kochani Uczniowie, Współpracownicy i Przyjaciele Szkoły Podstawowej nr 3.

          Nazywam się Maria Surmanowicz, z domu Fiedor – jestem córką p. Alojzy Fiedor. Kiedy otrzymałam list od Pani Dyrektor z zaproszeniem na dzisiejszy jubileusz, usiadłam na chwilę i pomyślałam: co to właściwie znaczy założyć szkołę? Nie otworzyć, nie objąć stanowisko – ale dosłownie zacząć od zera. Wziąć w rękę kredę, zebrać dzieci i powiedzieć: tu będziemy się uczyć! Moja Mama nigdy nie uważała się za bohaterkę. Była nauczycielką. Twardą, czasem upartą, zawsze ciepłą. Ale Jej historia to też Wasza historia. To coś znacznie więcej niż tylko życiorys emerytki. I o tym chcę dziś opowiedzieć.

          Jest listopad 1945 roku. Wojna dobiegła końca. Drezdenko, Nowe Drezdenko to małe miasteczka na Ziemiach Odzyskanych. Wyobraźcie sobie to wszystko: zniszczone domy, puste ulice, ludzie przyjeżdżający z walizkami z całej Polski, z głębokiej prowincji, z miast zburzonych w siedemdziesięciu procentach. W środek tego chaosu przyjechała tu moja Mama – z zawodu nauczycielka, z powołania – społecznik. Przyjechała z energią i z przekonaniem, że dzieci muszą mieć gdzie się uczyć.

          W Drezdenku, po drugiej stronie Noteci, działała już Szkoła Podstawowa nr 1. Ale most na rzece był zniszczony w wyniku działań wojennych. Dzieci przeprawiały się więc promem przez Noteć, żeby dotrzeć na lekcje. Promem – w listopadową mgłę, w zimowe mrozy. Moja Mama to widziała. I zdecydowała: trzeba otworzyć szkołę po tej stronie rzeki.

          1 marca 1946 roku zaczęła działać szkoła w prywatnym domu przy ulicy Niepodległości. Nie było tam sali gimnastycznej, nie było biblioteki, nie było podręczników. Nie było niczego. Ale było tam sześćdziesięcioro jeden dzieci. Ławki i krzesła pożyczyli rodzice. Z pobliskiego kościoła też przybyło parę krzeseł. Sześćdziesięcioro jeden dzieci zasiadło pierwszego dnia na kościelnych ławkach, na krzesłach przyniesionych z domu. Mama stała przed nimi w izdebce, która miała stać się ich szkołą. I stała się szkołą!

          Ale dzieci przybywało. Jak wszędzie wtedy, młodzi ludzie wracali do życia. Rodziny się osiedlały, w każdym domu słychać było dziecięce głosy. Jedna izba w poniemieckim domu przestała wystarczać. Mama zaczęła szukać nowego miejsca. I znalazła budynek przy ulicy Krótkiej. Problem był w tym, że budynek miał być przeznaczony dla Nadleśnictwa. Wybuchł spór.

          Rodzice z Komitetu Rodzicielskiego, którzy wspierali Mamę w walce o ten budynek, zostali zatrzymani. Prawdziwie zatrzymani. Mama nie czekała. Ubrała się i poszła pieszo do Strzelec Krajeńskich, do Inspektoratu Szkolnego. Dla kogoś, kto nie zna realiów tamtych czasów: to kilka godzin marszu, w niepewności, z apelem na ustach, z sercem w gardle.

          Po kilku godzinach rodziców zwolniono, ale sporną kwestię rozstrzygały dopiero w Warszawie Ministerstwo Oświaty i Ministerstwo Leśnictwa, które toczyły własne boje. Ostatecznie jednak budynek oddano szkole. Za symboliczną złotówkę. Złotówkę! Pamiętam, jak Mama, gdy o tym opowiadała, śmiała się przez łzy. Po pewnym czasie okazało się jednak, że w nowym budynku też jest ciasno. I znowu dzieci na strychu, w piwnicy, w czytelni biblioteki gromadzkiej, w sali posiedzeń budynku gromadzkiego. Wychowanie fizyczne na dworze, a w słotne dni w gromadzkiej sali widowiskowej. To nie była szkoła marzeń. To była szkoła przetrwania. Ale przetrwała!

          Mama nie dawała za wygraną. Zaczęła wydeptywać ścieżki do władz, słać pisma i petycje. Powołano Komitet Budowy Szkoły. I co się okazało? Cała lokalna społeczność zmobilizowała się popierając Mamę. Wiosną 1962 roku wmurowano kamień węgielny pod nowy gmach – w ramach ogólnopolskiej akcji „Tysiąc Szkół na Tysiąclecie Państwa Polskiego”. Uczniowie przekazywali środki ze swoich przedstawień i występów zespołu muzycznego. Rodzice pomagali w czynie społecznym. Każdy wniósł swoją cegiełkę. Dosłownie. 2 maja1965 roku, po dwudziestu latach od przyjazdu do Nowego Drezdenka i po dziewiętnastu latach od otwarcia izby szkolnej w poniemieckim domu, Mama odebrała symboliczny klucz do nowego gmachu. Myślę sobie dziś, ileż to razy musiała wyobrażać sobie ten moment idąc w deszczu do Strzelec Krajeńskich, siedząc nocami nad kolejnymi pismami. Klucz otwierał drzwi szkoły – szkoły, którą wymodliła, wyszarpała, wyprosiła – z miłości do dzieci. W tym samym budynku dzięki inicjatywie mojej Mamy i pani inżynier Haliny Kaszuby funkcjonowała też Szkoła Przysposobienia Rolniczego – później Zasadnicza Szkoła Rolnicza.

          W 1974 roku szkołę podstawową przemianowano na Zbiorczą Szkołę Gminną. A 27 maja 1978 roku – tego dnia pewnie Waszych rodziców jeszcze nie było na świecie – szkoła otrzymała imię Henryka Sienkiewicza. „Trójka” stała się pierwszą szkołą gminną z własnym patronem. Dopiero jednak w 1981 roku oficjalnie przyjęła nazwę Szkoła Podstawowa numer 3, choć wszyscy mówili na nią „Trójka” dużo wcześniej.

          1 września 1980 roku odbyła się tu wojewódzka inauguracja roku szkolnego z udziałem samego wojewody gorzowskiego. Mama była wtedy już na emeryturze, ale przyszła. Zawsze przychodziła. Ostatni raz zawitała tu w 1996 roku na 50-lecie szkoły. Wtedy też wydano okolicznościową książkę. Siedziała w pierwszym rzędzie starsza Pani o niezłomnym spojrzeniu. I wiem, że była bardzo dumna. Ale nie dumą w sposób głośny. Była dumna tą cichą nauczycielską dumą, że coś, co się zaczęło od sześćdziesięciorga jednego dziecka, przetrwało pół wieku.

          Mama była kierowniczką - dyrektorką tej szkoły przez 27 lat. Od 1945 do 1972 roku. Kiedy odchodziła na emeryturę, szkoła miała już inne grono nauczycielskie, innych uczniów. Ale jej duch pozostał. I jestem pewna, że gdyby dziś przekroczyła progi tego gmachu, uśmiechnęłaby się radośnie. Ponad 300 uczniów! Nowoczesne pracownie, tablice multimedialne, sala językowa. W 1946 roku nikt nawet nie przypuszczał, że coś takiego będzie możliwe. Ale Mama wierzyła, wierzyła, że warto zaczynać choćby od jednej izby.

          Drodzy Uczniowie. Ta szkoła ma Wasze twarze, Wasze głosy, Wasze plany na przyszłość. Ale zanim tu weszliście, ktoś wszedł pierwszy. Ktoś w 1945 roku zobaczył dzieci na promie przez Noteć i pomyślał: muszę coś zrobić! Ktoś zaczynał od sześćdziesięciorga jednego ucznia bez podręczników. Ktoś chodził pieszo do Strzelec Krajeńskich, aby wywalczyć budynek za złotówkę. Ktoś odbierał klucz do nowego gmachu 20 lat po tym, jak zaczął budować. Taka jest właśnie historia jednej szkoły w małym miasteczku. To opowieść o tym, jak polski duch odbudowy wyglądał naprawdę. Nie w dekretach, nie w szumnych deklaracjach, ale w pożyczonych ławkach, w nocnych pismach, w marszu przez pola. Mama była nauczycielką o wielkim sercu, a Jej lekcja trwa do dziś. Z głębi serca dziękuję Wam, że pamiętacie. Że po 80 latach stoję tu jako Jej córka i mogę powiedzieć: Wasza szkoła ma korzenie godne najgłębszego szacunku. Dbajcie o nie. I pamiętajcie, skąd pochodzi Wasza „Trójka”.

          Dziękuję.