80 LAT

        • DŁUG WDZIĘCZNOŚCI - wspomnienie o p. Alojzie Fiedor

        • Poniższy tekst pochodzi z publikacji „50 lat Szkoły Podstawowej nr 3 w Drezdenku”, maj 1996 r.

          - Gieniu kochana, to wszystko jest smaczne, pyszne, ale mój żołądek ma określoną pojemność – to wybranianie się przed gościnnością uroczej żony Andrzeja Polskiego przeszkadza nam trochę w snuciu wspomnień sprzed… iluś tam dziesiątków lat.

          - A to pamiętasz? – zapytał Andrzej wyciągając w moim kierunku rękę z podfatygowaną nieco, nieco pożółkłą fotografią.

          - Skrzydlaty rydwan czasu lekko ją potrącił  fotografię – rzecz jasna.

          - Podobnie jak tych na fotografii.

           Na fotografii widnieje grupka młodych ludzi w przyjaznym tłoku, a pod spodem napis „Szkoła Podstawowa w Drezdenku rok 1958”. Popatrz, jaki szczuplutki Stasio Musiał, o rany!

          - A czemu on tę połę marynarki tak zakłada?

          - Bo pewnie była za luźna.

          - Pewnie po tatusiu.

          - Czemu akurat po tatusiu? – pyta Rysio Maśliński, dbający, jak zawsze, żeby wszystko było miłe i prawdziwe.

          - Bo jak pamiętam, wtedy za naszą pensję nie można było kupić garnituru na swoją miarę.

          - A później było można?

          - No chyba, że dwoje pracowało i żyło bardzo oszczędnie…

          - A co możesz kupić teraz za to, co dostajesz?

          - No jeśli dwoje i oszczędnie…

          - To garnitur męski można.

          - Popatrz, jaka piękna i młoda pani kierowniczka!

          - Pamiętacie: „Koleżaneczko, zrobicie to”?

          - Ty się nie śmiej, całe późniejsze życie zawodowe mi tego brakowało.

          - Tak, ona potrafiła stworzyć taką prawie rodzinną atmosferę.

          - Była bardzo ładną kobietą - dodaje Rysio wrażliwy na piękno (kobiece?).

          - Była nie tylko piękna – chłodno i rzeczowo dodaje Andrzej – umiała również zawalczyć i osiągnąć, co chciała.

          - Pamiętasz, jak tyraliście przy sali gimnastycznej?

          - Jak mógłbym o tym zapomnieć, do nocy, a czasami i w nocy z Bogdanem Muchą wylewaliśmy litrami pot.

          - A pamiętacie, jak wylali mnie z pracy?

          - Kiedy to było?

          - Byliśmy wtedy w woju.

          - Czyli był to rok 1959 lub 1960.

          - A opowiedz to jeszcze raz, jak to było?

          - Była to historia pewnego długu wdzięczności i… jasełek (naślęczał się księżulo do nad moimi transkrypcjami z scs-u).

          - Cała sprawa poszła o jasełka. Pamiętacie, jak silny kręgosłup ideowy powinien był mieć wtedy nauczyciel? Pamiętacie mój teatrzyk lalkowy?

          - Tak, to pamiętamy – zgodnym duetem potaknęli koledzy.

          - No to posłuchajcie. Ksiądz dziekan Zagrodzki, który wtedy uczył religii, ciągle grał z nami w „para czy nie para”, bardzo ten teatrzyk lubił i czasem jeździł z nami po okolicznych wsiach, gdzie graliśmy „różne takie” dla dzieciaków.

          - Skąd brałaś te „różne takie”?

          - Wymyślałam, bo dla małych dzieci nie było wtedy jakoś literatury „teatralnej”, ale nie to jest ważne. Miałam więc pewien dług wdzięczności w stosunku do księdza i czasem głośno wyrażałam swoje obawy, czy zdołam się odwdzięczyć. Pewnego dnia ksiądz powiedział, że zna na to sposób. Skoro jestem taka „teatralnica”, to pomogę mu wystawić jasełka. Próby trwały, stroje żyła jedna czy kilka krawcowych, szminki teatralne, brody, wąsy, duża lalka, „Jezus malusieńki leży nagusieńki, płacze z zimna”. (My też, bo salka kościelna nie była ogrzewana). No wiesz, cały ten bajer. Wreszcie księża na wszystkich mszach ogłosili, że w niedzielę w sali „Strzelnica” odbędą się jasełka i prosi się wiernych o przybycie. Minął tydzień i nadeszła owa niedziela. Frekwencja przekroczyła nasze najśmielsze oczekiwania i… pojemność „Strzelnicy” włącznie z balkonami. Jeden gong, drugi, jakieś zamieszanie… Było ich jak tych zbójców w „Powrocie taty”, a może mniej, ale za to byli ważniejsi. Kiedy zapytali o reżysera, wskazano na mnie. Kierownik Wydziału Kultury Rady Narodowej, Przewodniczący tejże Rady, jacyś sekretarze partii…

          - Proszę – rzekł bardzo władczo jakiś towarzysz – wyjść przed kurtynę i powiedzieć, żeby ludzie się rozeszli do domów, przedstawienie się na nie odbędzie.

          - Bardzo proszę – odpowiedziałam –  zrobić to osobiście, mnie nie posłuchają, a jeśli i pana nie posłuchają, to przedstawienie się odbędzie.

           - Pani pożałuje, gorzko pożałuje - odgrozili się towarzysze.

          - To potem, a teraz proszę nie przeszkadzać. Trzeci gong!

           Nie pamiętam owacji, o których później mówiono, pamiętam tylko rozpacz księdza Chronowskiego grającego św. Józefa. Tak skutecznie przykleił sobie krzaczaste brwi, brodę i wąsy, że nie mógł tego w żaden sposób odkleić. To był doskonały klej, który trzeba było zetrzeć pumeksem z jego własnymi brwiami. (Mniejsza już o wąsy i brodę).

          *

          Nazajutrz już o 7.30  czekali panowie z Powiatu. Pani Fiedorowa powitała mnie informacją „Koleżaneczko,  mamy gości”. Już nie wolno mi było iść na lekcje, byłam zwolniona z pracy. Moja sytuacja była rozpaczliwa i tak też się poczułam. Cały świat zwalił się na moją biedną głowę. Ksiądz popatrzył na to uosobienie rozpaczy, pogrzebał  w przepaścistych  kieszeniach sutanny, po czym wyciągnął do mnie zaciśniętą dłoń i zapytał: „Para czy nie para?”.

          - Jak ksiądz może w takiej chwili…

          - Właśnie w takiej…

          Odwróciłam się prawie lekceważąc niezrozumiały dla mnie gest tej szacownej osoby. Wtedy ksiądz zwrócił się do Mariana i powiedział:

          - Wygrała… Ty będziesz wiedział, co z tym zrobić. Pani Alojza poparła księdza swoim wymownym spojrzeniem, wręczając jednocześnie Marianowi torbę na zakupy.

          - Panie kolego, pan mieszka najbliżej i ma duże mieszkanie…

          *

          - Maryś, dolej Panu Przewodniczącemu, Panu Kierownikowi! Kochany Panie Przewodniczący, koleżanka Janka to wspaniała młoda nauczycielka, taka zaangażowana, pracuje bez zarzutu. Światopogląd ma właściwy – jest ateistką. Ma dwóch młodszych braci i trudną sytuację rodzinną. Kochany Panie Inspektorze, przecież stracimy wartościowego pedagoga… Koleżaneczko, no niechże pani coś powie…

          Siedziałam jak żona Lota zamieniona w słup soli.

          - Za babską ciekawość – dodał Rysio.

          - Za niewinność…

           Panowie z Powiatu pewnie mniej uwierzyli w mój ateizm, a bardziej ulegli urokowi osobistemu pani Alojzy, który na tę okazję został postawiony w stan pełnej mobilizacji.   Pewnie ulegli czarowi jej błękitnych, uwodzicielskich oczu. „Oświata” nie straciła wartościowego pedagoga, a ja zaciągnęłam następny dług wdzięczności, który dotąd nie został spłacony.

          *

           Taka była Pani Alojza – z nieodłącznym termosem herbaty z cytryną, czuwająca nad swoją „szaloną dziewczyną”, która wciąż wyrywała się spod opiekuńczych, a raczej nadopiekuńczych mamusinych skrzydeł.

          - Te skrzydła trochę i nas obejmowały – z refleksyjną nostalgią prawie westchnął Andrzej.

           No i dzięki jej za to.

                                                      Janina Poźniak - emerytowana nauczycielka SP3 w Drezdenku